-------------------------------------
Szukam kogoś z talentem plastycznym kto narysuje mi te postacie według opisów!!!
/>
Szykuje się wojna. To jest pewne. Lecz czy smoki nam pomogą? Czy w końcu odnajdę ojca? I czy jestem zakochana w Gabrielu? Nazywam się Aira i jestem elfem.
- Ja... ja niewiem. Nie mogę. Nie... Nie.
- Dobra spoko. Nie to nie.
- Dzięki.
- Spoko - odpowiedział patrząc ma mnie tym swoim radosnym spojrzeniem i z tym rozbrajającym uśmiechem. Dość!
- Dobra chyba pora spać. Jak zwykle ja muszę tego pilnować. Jak dzieci- nigdy nie potrafią stwierdzić że czas spać - powiedział Rain, a ja poszłam spać z myślą, że dobrze zrobiłam przezwyciężając pokusę i nie zjadłam tego mięsa. Zachowałam się godnie swego gatunku i swojego miana Królewskiej Wysłanniczki. Złamałabym zasadę Świętego Kodeksu Dębu. Choć niewiem czy przezwycięże inną pokusę złamania zasad...
Rano wszystko działo się jak zwykle. Szliśmy sobie spokojnie gdy po drodze spotkaliśmy tubylców. Nie za bardzo się nimi jednak przejęliśmy. Wieczorem rozłożyliśmy obóz i poszliśmy spać. Tego dnia wstałam pierwsza i poszłam budzić chłopaków lecz ich nie było. Zaczęłam ich szukać i nawoływać. Gdy dokładnie przerwałam ich namioty zobaczylam, że ich plecaków także nie ma. Chcąc nie chcąc zrobiłam sobie sama śniadanie i czekałam. Wreszcie gdy nie przychodzili postanowiłam wykonać czar namierzający, który pozwołuje mi wykryć każdego człowieka i elfa w promieniu pięciu kilometrów. Wkońcu ich zobaczyłam. Byli prowadzeni przez bandę ludzi z tego niektórych widziałam wczoraj. Było to jakieś trzy kilometry dalej więc zwinełam obóz i ruszyłam im pomóc. Szli pieszo więc odwodnienie ich zajęło mi jakieś trzydzieści minut. Oby dwaj byli związani i popychani przez tych... ludzi. Gabi... znaczy Gabriel (co się że mną dzieje?!) Odwrócił się mnie zobaczył. Spojrzałam na niego w stylu "zaraz wam pomogę, chwilka!" i zaczęłam pleść zaklęcia. Oblawiab ondercjo merde, Oblawiab merde, choliosee merde, chjoniose majdiii, joniose majdiii. Słuchajcie ludzie mnie, uwolnijcię ich ku mnie, słuchajcie mnie, uwolnijcie ich, zapomnijcie ich. Stało się jak chciałam. Natychmiast ich uwolnili, a moi silni mężczyżni zaczęli uciekać ile sił w nogach w moja stronę.
- Debile.
- Czemu niby?
- Rain nie mogłeś zastosować jakiegoś zaklęcia?! Gabriel nie mogłeś walnąć któregoś w ryj?! To takie trudne?!
- Oni są chronieni przez jakiś czar.
- To dziwne że na moje zaklęcie zareagowali!
- A na moje nie!
- A na pewno dobre je powiedziałeś?! Nie odpowiadaj. Tam są wasze torby. Idziemy. Tracimy tylko cenny czas, a i tak mamy pół dnia w plecy. Koń jest przy tamtym drzewie- wiem że jestem wredna, ale teraz cały mój gniew poszedł i zamienił się na miejsca z wściekłości na tych idiotów. Tych debili. Moich idiotów. M o i c h debili. Głupców, gnojów, idiotów, niedorozwojów, niedorajdów, debili itd. Moich. I teraz właśnie w tej chwili gdy właśnie mieliśmy zacząć biec ją się załamałabym, gdyby nie to że Aira Kechaan, Królewska Wysłanniczna, nosicielka Dębu, wzorową uczennica i idealna córka nigdy się nie załamuje, a zwłaszcza przy przedstawicielach płci brzydkiej. Liczyłam kroki. Drzewa. Krzaki. I niewiadomego pochodzenia rzeczy i odgłosy, aż wkońcu się uspokoiłam. W tym samym czasie nastał wieczór. Powiedziałam
-Od dziś będziemy na zmianę trzymać warte przed namiotami,żeby sytuacja z dnia dzisiejszego się nie powtórzyła. Ja wezmę dziś pierwszą warte Rain druga a Gab... ekhem Gabriel trzecią.
- Rozumiem że nie mamy tu nic do gadania Szefowo?- powiedział swoim starym i dobrze mi znanym ironicznym sposobem Rain z jego głupkowatym uśmieszkiem.
-Nie Air... a. Jesteś wykończona więc się narazie prześpij, a ja cię budżet na ostatnią warte.- stwierdził opiekuńczym głosem Gabi...erl. Kurde!
- No ok. Rain jesteś pierwszy.
- Jak zwykle nie mam nic do gadania!- powiedział wspomniany i usiadł opierając się o pień drzewa - Dobranoc!
- Branoc!
- Dobranoc!
Zasnełam zaraz po opatuleniu się kocem.
***
- Wstawaj śpiochu! Ruszamy!- krzyczał Rain.
- Już? A moja warta?- pytałam zaspanym głosem.
- Pan wielkoduszny siedział za ciebie.
Aż się zarumienilam
- Ja... ja niewiem. Nie mogę. Nie... Nie.
- Dobra spoko. Nie to nie.
- Dzięki.
- Spoko - odpowiedział patrząc ma mnie tym swoim radosnym spojrzeniem i z tym rozbrajającym uśmiechem. Dość!
- Dobra chyba pora spać. Jak zwykle ja muszę tego pilnować. Jak dzieci- nigdy nie potrafią stwierdzić że czas spać - powiedział Rain, a ja poszłam spać z myślą, że dobrze zrobiłam przezwyciężając pokusę i nie zjadłam tego mięsa. Zachowałam się godnie swego gatunku i swojego miana Królewskiej Wysłanniczki. Złamałabym zasadę Świętego Kodeksu Dębu. Choć niewiem czy przezwycięże inną pokusę złamania zasad...
Rano wszystko działo się jak zwykle. Szliśmy sobie spokojnie gdy po drodze spotkaliśmy tubylców. Nie za bardzo się nimi jednak przejęliśmy. Wieczorem rozłożyliśmy obóz i poszliśmy spać. Tego dnia wstałam pierwsza i poszłam budzić chłopaków lecz ich nie było. Zaczęłam ich szukać i nawoływać. Gdy dokładnie przerwałam ich namioty zobaczylam, że ich plecaków także nie ma. Chcąc nie chcąc zrobiłam sobie sama śniadanie i czekałam. Wreszcie gdy nie przychodzili postanowiłam wykonać czar namierzający, który pozwołuje mi wykryć każdego człowieka i elfa w promieniu pięciu kilometrów. Wkońcu ich zobaczyłam. Byli prowadzeni przez bandę ludzi z tego niektórych widziałam wczoraj. Było to jakieś trzy kilometry dalej więc zwinełam obóz i ruszyłam im pomóc. Szli pieszo więc odwodnienie ich zajęło mi jakieś trzydzieści minut. Oby dwaj byli związani i popychani przez tych... ludzi. Gabi... znaczy Gabriel (co się że mną dzieje?!) Odwrócił się mnie zobaczył. Spojrzałam na niego w stylu "zaraz wam pomogę, chwilka!" i zaczęłam pleść zaklęcia. Oblawiab ondercjo merde, Oblawiab merde, choliosee merde, chjoniose majdiii, joniose majdiii. Słuchajcie ludzie mnie, uwolnijcię ich ku mnie, słuchajcie mnie, uwolnijcie ich, zapomnijcie ich. Stało się jak chciałam. Natychmiast ich uwolnili, a moi silni mężczyżni zaczęli uciekać ile sił w nogach w moja stronę.
- Debile.
- Czemu niby?
- Rain nie mogłeś zastosować jakiegoś zaklęcia?! Gabriel nie mogłeś walnąć któregoś w ryj?! To takie trudne?!
- Oni są chronieni przez jakiś czar.
- To dziwne że na moje zaklęcie zareagowali!
- A na moje nie!
- A na pewno dobre je powiedziałeś?! Nie odpowiadaj. Tam są wasze torby. Idziemy. Tracimy tylko cenny czas, a i tak mamy pół dnia w plecy. Koń jest przy tamtym drzewie- wiem że jestem wredna, ale teraz cały mój gniew poszedł i zamienił się na miejsca z wściekłości na tych idiotów. Tych debili. Moich idiotów. M o i c h debili. Głupców, gnojów, idiotów, niedorozwojów, niedorajdów, debili itd. Moich. I teraz właśnie w tej chwili gdy właśnie mieliśmy zacząć biec ją się załamałabym, gdyby nie to że Aira Kechaan, Królewska Wysłanniczna, nosicielka Dębu, wzorową uczennica i idealna córka nigdy się nie załamuje, a zwłaszcza przy przedstawicielach płci brzydkiej. Liczyłam kroki. Drzewa. Krzaki. I niewiadomego pochodzenia rzeczy i odgłosy, aż wkońcu się uspokoiłam. W tym samym czasie nastał wieczór. Powiedziałam
-Od dziś będziemy na zmianę trzymać warte przed namiotami,żeby sytuacja z dnia dzisiejszego się nie powtórzyła. Ja wezmę dziś pierwszą warte Rain druga a Gab... ekhem Gabriel trzecią.
- Rozumiem że nie mamy tu nic do gadania Szefowo?- powiedział swoim starym i dobrze mi znanym ironicznym sposobem Rain z jego głupkowatym uśmieszkiem.
-Nie Air... a. Jesteś wykończona więc się narazie prześpij, a ja cię budżet na ostatnią warte.- stwierdził opiekuńczym głosem Gabi...erl. Kurde!
- No ok. Rain jesteś pierwszy.
- Jak zwykle nie mam nic do gadania!- powiedział wspomniany i usiadł opierając się o pień drzewa - Dobranoc!
- Branoc!
- Dobranoc!
Zasnełam zaraz po opatuleniu się kocem.
***
- Wstawaj śpiochu! Ruszamy!- krzyczał Rain.
- Już? A moja warta?- pytałam zaspanym głosem.
- Pan wielkoduszny siedział za ciebie.
Aż się zarumienilam
Dedyczek dla Alari Felic! Dzięki Ci serdecznie!
Szłyśmy tak jak było zaplanowane pod brame Arga, gdzie pozostali już na nas czekali. Rain akurat układał wszystko do trzech plecaków - dwóch małych i jednego dużego. Ten duży wziął Rain i powiedział:
- Brązowy jest Gabriela, a zielony Airi.
- Świetnie - powiedziała królowa. - Możecie ruszać. Gabriel zna droge więc was poprowadzi. On będzie jechał na koniu bo inaczaje, by was oczywiście nie dogonił. A więc ruszajcie! Antra elesa ohona.
- Anoho asele artna - otarłam jednocześnie z Rainem. Aż się wzdrygnełam na myśl że moge robić coś z nim zgodnie. Gdy Gabriel wsiadł już na konia wyruszyliśmy wśród ciszy mąconej jedynie szumem wiatru i odgłosami zwierząt. W planie nie było odwiedzania żadnego miasta więdz szliśmy oddzieleni od wszystkiego murem złożonym z starych drzew Puszczy. Czekają nas jakieś trzy dni wędrówki przez Puszcze jeśli będziemy utrzymywać w miare szybkie tempo. Trwaliśmy w przyjemne dla mnie ciszy cały dzień wliczając przerwy na jedzenie ponieważ każdy miał swój zapas żywności na drogę. Dopiero przy przy przygotowaniu obozu na noc moi towarzysze stali się bardziej rozmowni. Gdy przygotowaliśmy wszystko usiedliśmy przy ognisku i Rain spytał:
Ej Gab - od kiedy z nich tacy przyjaciele że skrótów używają?! - powiedz coś o sobie bo taki tajemniczy jesteś.
- Nie Gab tylko Gabriel - no już lepiej. A wogóle od kiedy mnie to martwi?! - No skoro tak bardzo chcesz. No to dawno dawno temu za górami za lasami...
- Żył Gabriel z krasnoludkami? - podsunełam. Wszyscy zaczeli się śmiać.
- No coś takiego - odpowiedział Gabriel z uśmiechem, a uśmiech miał ładny. Czekaj dlaczego ja o tym myśle?! - Nie no, a tak na serio to zacznijmy od mojej rodziny. Mam dwie młodsze siostry które są bliźniaczkami i trzech braci, dwóch młodszych i jednego starszego. Siostry- Katrin i Izabel mają po siedem lat, bracia- Julek dwanaście, Kolin ma piętnaście, a najstarszy- Ben ma dwadzieścia. Ja mam szesnaście jakby co. Ja i Kolin zostaliśmy adoptowani ale braćmi nie jesteśmy. Mój prawdziwy ojciec był bliskim przyjacielem moich zastępczych rodziców. Gdy moja matka umarła miałem 6 lat i zaraz po tym tata oddał mnie do mojego obecnego domu obiecując że wróci. Żyliśmy sobie biednie ale spokojnie, aż nagle w moje 15 urodziny przyjerzdrza ojciec i mówi że mnie zabiera. Spytany dlaczego odparł, że wkońcu stał się zastępcą króla i ma warunki by mnie zabrać. Chcąc, nie chcąc pojechałem z nim i on powiedział mi po drodze, że uczyni mnie królewskim wysłannikiem. Król wysłał mnie do waszej królowej i tak oto się tu znalazłem. Koniec. A co z wami?
- Za górami, za lasami... - odpowiedziałam
- Mieszkała Aira między drzewami?
- Sami poeci no extra! - powiedział Rain. - Chodźcie lepiej spać.
- Ech no dobra - powiedziałam.
Gdy wstaliśmy od razu się zebraliśmy i ruszyliśmy. Dzień minął w milczeniu jak z resztą wszystkie następne. Wieczorami rozmawialiśmy o wszystkim i niczym, rano się pakujemy i w drogę. Gabriel opowiada nam o sobie i ogólnie o ludziach, ja i Rain o nas i elfach. Pewnego wieczoru:
- Ej wy na serio wogóle nie jadacie mięsa? - spytał Gabriel po czym tak słodko poprawił grzywkę. Jeny od kiedy ją tak myślę o chłopakach?! Sama siebie zaczynam przerażać.
- Tak. Nikt z nas nie tkną mięsa. Nigdy. Kropka. - powiedział Rain.
- Wow. Współczuję. A nie mieliście na to nigdy ochoty?
- Ni... - zaczął Rain lecz mu przerwałam.
- Ja czasami tak.
- Idealna Aira miewa ochotę na mięsno?!
- Wkurzający Rain zawsze jest taki wkurzający?
- Przemądrzały Gabriel zawsze jest taki błyskotliwy?
I wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Dobra nie zaprzeczam. Gabriel jest słodki, a Rain no to... Rain. Ale podróż z nimi to nawet jako taka przyjemność.
- To może chcesz?- spytał mnie Gabriel.
- Ja...
---------
Dam dam dam!!!
Jak myślicie??
Aira spróbuje mięsa??
Piszcie!
Khati, khati, khati. Słowo to odbijało się echem w mojej głowie. Co ja o nich właściwie wiem? Tylko tyle co z legend i bajek dla dzieci. Czyli nie za wiele zwarzywszy na to że większość to pewnie bujdy. Kiepsko.
- Przepraszam ale khati to przeciesz tylko legendy i bajki. One nie istnieją. To bujda. - powiedział Rian jakby czytał mi w myślach i mówił do małego dziecka.
- To że mało o nich wiesz nie znaczy, że nie istnieją Rain - odpowiedziała mu królowa. Ledwo powstrzymałam chihot. - Po za tym legendy zawsze zawierają ziarno prawdy. Owym ziarnem jest istnienie khati. Są one bardzo potężne, przebiegłe i tajemnicze. Nie wiemy o nich za wiele lecz na pewno władają Czarną magią i są w tym bardzo dobre od urodzenia. Więc chyba oczywiste, że tylko łącząc się ze smokami możemy je zwyciężyć, a do tego trzeba się przygotować. Airo jak już mówiłam oficialnie zostajesz króleską wysłanniczką i od teraz - przypieła mi broszke w kształcie Wielkiego Dębu - symbolu puszczy - będziesz mogła mówić i jeździć na spotkania w moim imieniu. Jesteś od teraz bardzo ważną osobą. A ty Rainie - przyczepiła mu wstążke w kolorach puszczy czyli zielonym i brązowym - pędziesz jej pomocnikiem.
- Czyli co będę robił? - spytał wyraźnie zaciekawiony Rain.
- To co ona ci rozkaże na przykład noszenie bagaży, czy przygotowanie obozu - okej teraz nie udało mi się powstrzymać chichotu. Mam własnego pomagiera który musi robić wszystko co mu karze i w dodatku jest nim Rain! Cóż za wspaniały dzień!
- Musimy jeszcze omówić waszą trasę. Wśród ludzi są zwolennicy khati więc musicie uważać. Niektóży nawet uwarzają ich za bogów i czczą ich nad rzeką Tich i na pustyni a więc musicie iść pieszo. Najpierw musicie jeszcze odwiedzić stolice ludzką Aiham i zameldować się u króla Ithrama. Zaopatrzy was w rzeczy potrzebne na dalszą podrórz. Dalej prostą drogą do Torki bez zatrzymywania się w żadnym innym mieście. Powinno wam to zajądź około tygodnia. Macie tam zarezerwowaną łódź w jedną strone. Sorry ale musicie wrócić na Smokach. Jak już ich dolecicie na naszą wyspe przylećcie prosto do mnie. Co dalej powiem jak wrócicie, a narazie idźcie spać wyruszacie z samego rana. Spotkamy się przy Bramie Arga. Hain.
- Hey hant bey hain -
odpowiedziałam tradycyjnie na porzegnanie królowej.
- Hin miain dey hain - dodał Rain. Może jest wrednym ogrem ale głupi to on nie jest. Wie jak sie podlizać. Gorzej, że królowej się nie podlizulie, bo to nic nie daje. Wychodze z pałacu i kieruje się prosto do domu, lecz jakimś cudem nagle znajduje się wśród konarów mojego kochanego dębu. Ukołysana wiatrem zasypiam.
* * *
Budze się wraz z pierwszymi promieniami słońca. Ide do domu lecz w trakcie drogi dostrzegam królową idącą w tym samym kierunku. Podchodze do niej starają się zachować luźny wyraz twarzy jakbym codziennie chodziła we wczorajszych ciuchach o wschodzie słońca w strone własnego domu. Królowa jednak nie zadawała zbędnych pytań powiedziała po prostu:
- Chodź za mną.
- Witajcie!
Od miesiąca czekacie i rozmślacie dlaczego goszcze u siebie obecnego tu człowieka. Całkowicie was rozumiem, poniewarz nie jest rzeczą zwyczajną, żeby ludzie przekraczali granice naszej Puszczy. Pragne was szczerze przeprosić, że o niczym was nie informowałam wcześniej lecz miałam ku temu powody które zaraz wyjawie. Otórz z naszych patroli z poza wyspy donosi że pewne stworzenia planują napaść na naszą wyspe. Zagrożone są wszystkie zamieszkujące ją stworzenia, łącznie z nami. Przez cały miesiąc po długich i męczących naradach w końcu stwierdziliśmy że musimy się zjednoczyć ze smokami i stworzyć Smoczych Strażników czyli zespół człowieka, elfa i smoka. O tym kto będzie w tym zespole decydują smoki. W imieniu moim, waszym i wszystkich mieszkańców wyspy przesięgłam że będziemy walczyć i mam nadzieje że podjełam dobrą decyzję. Dlatego będziemy musieli wysłać delegacje na Smoczą Wyspe jak i we szystkie miejsca które trzeba odwiedzić w związku z nadchodzącą wojną. Na oficjalną wysłannicze królewską mianuje pięciokrotną zwyciężczynie wszystkich konkuręcji Zjazdu i najmłodszą mieszkanke Puszczy Aire Kechaan! Aira chodź na podwyszenie!
Zatkało mnie. Ja mam być wysłanniczką królowej? Ja mam odwiedzić Smoczą Wyspę? Te i inne myśli przesuwały się prez moją głowe kiedy szłam ścieżką utworzoną przez rozstępujący się w przerażającej ciszy tłum skrępowana z dwóch stron jak skazaniec wprost do królowej. Spotykałam spojrzenia pełne szacunku, podziwu, zachęty ale też i odrazy czy niechęci. Gdy dotarłam na miejsce co zdałało się trwać wieki królowa dodała
- A na jej pomocnika mianuje Raina Heenteen! Choć tu!
Sorry. TERAZ mnie zatkało. Rain? Dlaczego akurat Rain? To jest okropne! On mnie prędzej zabije niż mi pomoże! Dlaczego! Dlaczego...
- Teraz przemówi wysłannik króla ludzi Gabriel Tacio.
- Witam!- powiedział owy Gabriel. - Jak żekła wasza królowa nadchodzi wojna. Mój król wysłał mnie tu, powieważ chciał sojuszu i stworzenia Smoczych Strażników. Wcześniej byłem jeszcze u krasnolódów i ogrów ale ci zgodnie stwierdzili, że póki nie będziemy mieli sojuszu ze smokami będą się ukrywać przez całą wojne która z tego co wiemy od naszych szpiegów jest planowana na za miesiąc. Mam nadzieje że wszyscy wezną czynny udział w przygotowaniach i samej wojnie. Dziękuje za uwage.
- Tym kończe zebranie- powiedziała królowa i zeszliśmy ze sceny otoczeni milczeniem z wszystkich stron. Wąską ścieżką gęsiego dotarliśmy do domu królowej. Jest to drugie najstarsze drzewo w Puszczy. Dąb ten od zawsze jest domem władczyń. Uważam że jest śliczny. Wąskimi schodami dotarliśmy do drzwi lecz gdy sięgałam po klamkę królowa powiedziała:
- Nie tutaj. Tu.
Powiedziała i podniosła ukrytą w drewnie klape za którą były schody. W milczeniu przerywanym jedynie skrzypieniem niektórych stopni zeszliśmy na dół. Gdy dotarliśmy na koniec ujrzałam chyba jakiś tajny pokój narad. Na środku stał długi stół otoczony pustymi krzesłami. Na nim leżały mapy różnej skali pokazujące różne miejsca. Królowa i Gabriel zajeli miejsca przy stole więc ja i Rain zrobiliśmy to samo. Chwile siedzieliśmy w ciszy, aż królowa przerwała milczenie.
- Macie jakieś pytania?
- Ja mam jedno. - powiedziałam
- Jakie?
- Co to za stworzenia?
Po chwili wachania powiedziała prawie szeptem.
- Khati.
Jutro będzie kolejny rozdział!
Miłego czytania!
Przez następne dwa dni ani królowa ani ten człowiek nie wychodzili z zamku. W Kanki - mieście w którym mieszkam- zwykle spokojnej stolicy Puszczy było wielkie zamieszanie i wprost huczało od plotek. Nikt nic nie wiedział, a królowa Naia zwykle nic przed nami nie ukrwa. Wręcz przeciwnie zawsze od razu każe jak najprędzej rozesłać wiadomości całej Puszczy. Nawet doradcy królowej nic nie wiedzieli. Było to okropne lecz jako, że my elfy jesteśmy ludem cierpliwym nikt na królową nie naciskał. Ja także dużo o tym myślałam lecz ciągle wszystko robiłam jak gdyby nigdy nic. Niektórzy mówią że trzęsienie ziemi by nie wyrwało mnie z mojej codziennej monotomi. Może. Lecz to nie z wyboru. Mama mnie tak wychowała twierdząc, że w ten sposób chroni mnie przed zmarnowaniem życia przez miłość, a ja niechce jej zawieść. Tata się wyprowadził gdy miałam 10 lat. Zostawił mamę samą ze mną i bratem. Nic o nim nie wiem tak jak on o mnie. Mama mówiła że długo nie mogła się pozbierać. Zostawił jej jedynie krótki list o takiej treści:
Miła moja!
Znikam bo to nie miało sensu!
Zabrałem wszystko i znikam z tąd!
Zajmij się dziećmi!
Niech robią to co za słuszne uwarzają!
Żegnam!
Asin
Taki krótki, prosty list zniszczył mojej mamie życie. I psychike. Od tąd słuch o nim zaginoł.