- Ja... ja niewiem. Nie mogę. Nie... Nie.
- Dobra spoko. Nie to nie.
- Dzięki.
- Spoko - odpowiedział patrząc ma mnie tym swoim radosnym spojrzeniem i z tym rozbrajającym uśmiechem. Dość!
- Dobra chyba pora spać. Jak zwykle ja muszę tego pilnować. Jak dzieci- nigdy nie potrafią stwierdzić że czas spać - powiedział Rain, a ja poszłam spać z myślą, że dobrze zrobiłam przezwyciężając pokusę i nie zjadłam tego mięsa. Zachowałam się godnie swego gatunku i swojego miana Królewskiej Wysłanniczki. Złamałabym zasadę Świętego Kodeksu Dębu. Choć niewiem czy przezwycięże inną pokusę złamania zasad...
Rano wszystko działo się jak zwykle. Szliśmy sobie spokojnie gdy po drodze spotkaliśmy tubylców. Nie za bardzo się nimi jednak przejęliśmy. Wieczorem rozłożyliśmy obóz i poszliśmy spać. Tego dnia wstałam pierwsza i poszłam budzić chłopaków lecz ich nie było. Zaczęłam ich szukać i nawoływać. Gdy dokładnie przerwałam ich namioty zobaczylam, że ich plecaków także nie ma. Chcąc nie chcąc zrobiłam sobie sama śniadanie i czekałam. Wreszcie gdy nie przychodzili postanowiłam wykonać czar namierzający, który pozwołuje mi wykryć każdego człowieka i elfa w promieniu pięciu kilometrów. Wkońcu ich zobaczyłam. Byli prowadzeni przez bandę ludzi z tego niektórych widziałam wczoraj. Było to jakieś trzy kilometry dalej więc zwinełam obóz i ruszyłam im pomóc. Szli pieszo więc odwodnienie ich zajęło mi jakieś trzydzieści minut. Oby dwaj byli związani i popychani przez tych... ludzi. Gabi... znaczy Gabriel (co się że mną dzieje?!) Odwrócił się mnie zobaczył. Spojrzałam na niego w stylu "zaraz wam pomogę, chwilka!" i zaczęłam pleść zaklęcia. Oblawiab ondercjo merde, Oblawiab merde, choliosee merde, chjoniose majdiii, joniose majdiii. Słuchajcie ludzie mnie, uwolnijcię ich ku mnie, słuchajcie mnie, uwolnijcie ich, zapomnijcie ich. Stało się jak chciałam. Natychmiast ich uwolnili, a moi silni mężczyżni zaczęli uciekać ile sił w nogach w moja stronę.
- Debile.
- Czemu niby?
- Rain nie mogłeś zastosować jakiegoś zaklęcia?! Gabriel nie mogłeś walnąć któregoś w ryj?! To takie trudne?!
- Oni są chronieni przez jakiś czar.
- To dziwne że na moje zaklęcie zareagowali!
- A na moje nie!
- A na pewno dobre je powiedziałeś?! Nie odpowiadaj. Tam są wasze torby. Idziemy. Tracimy tylko cenny czas, a i tak mamy pół dnia w plecy. Koń jest przy tamtym drzewie- wiem że jestem wredna, ale teraz cały mój gniew poszedł i zamienił się na miejsca z wściekłości na tych idiotów. Tych debili. Moich idiotów. M o i c h debili. Głupców, gnojów, idiotów, niedorozwojów, niedorajdów, debili itd. Moich. I teraz właśnie w tej chwili gdy właśnie mieliśmy zacząć biec ją się załamałabym, gdyby nie to że Aira Kechaan, Królewska Wysłanniczna, nosicielka Dębu, wzorową uczennica i idealna córka nigdy się nie załamuje, a zwłaszcza przy przedstawicielach płci brzydkiej. Liczyłam kroki. Drzewa. Krzaki. I niewiadomego pochodzenia rzeczy i odgłosy, aż wkońcu się uspokoiłam. W tym samym czasie nastał wieczór. Powiedziałam
-Od dziś będziemy na zmianę trzymać warte przed namiotami,żeby sytuacja z dnia dzisiejszego się nie powtórzyła. Ja wezmę dziś pierwszą warte Rain druga a Gab... ekhem Gabriel trzecią.
- Rozumiem że nie mamy tu nic do gadania Szefowo?- powiedział swoim starym i dobrze mi znanym ironicznym sposobem Rain z jego głupkowatym uśmieszkiem.
-Nie Air... a. Jesteś wykończona więc się narazie prześpij, a ja cię budżet na ostatnią warte.- stwierdził opiekuńczym głosem Gabi...erl. Kurde!
- No ok. Rain jesteś pierwszy.
- Jak zwykle nie mam nic do gadania!- powiedział wspomniany i usiadł opierając się o pień drzewa - Dobranoc!
- Branoc!
- Dobranoc!
Zasnełam zaraz po opatuleniu się kocem.
***
- Wstawaj śpiochu! Ruszamy!- krzyczał Rain.
- Już? A moja warta?- pytałam zaspanym głosem.
- Pan wielkoduszny siedział za ciebie.
Aż się zarumienilam
Szykuje się wojna. To jest pewne. Lecz czy smoki nam pomogą? Czy w końcu odnajdę ojca? I czy jestem zakochana w Gabrielu? Nazywam się Aira i jestem elfem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz